_Na krańcu 

Czyli o czym marzy się nocą na balkonie, obserwując światła sąsiednich bloków. 

Wybiorę się na studia. Raczej nie w stolicy, ale Kraków też będzie dobry. Pójdę na historykę, tak jak zawsze chciałam. A tam w końcu znajdą się ludzie, których interesuje to, co mówię. W końcu ktoś mnie posłucha, z zaciekawieniem zada kolejne pytanie i wpatrzony we mnie będzie chłoną każde moje kolejne słowo. A ja? Ja wreszcie będę się uśmiechać. Codziennie. Szczerze, od ucha do ucha. – Cierpkie wykrzywienie ust miało być kpiącym uśmiechem. Powrotem do rzeczywistości. Tej do której nigdy nie chciała wracać. Z lekkim obrzydzeniem zamknęła oczy, myśląc. – Ta… będziesz miała te swoje studia. 

Po chwili znów je otworzyła i spojrzała w dół. Nie wydawało się być aż tak wysoko. Przecież to tylko trzecie piętro. Z piątego to może byłoby coś, ale tak, to żadne widowisko. Z drugiej strony, gdzieś w głębi wiedziała, że może ktoś jeszcze ją pozbiera. Po cichu jej dusza, stojąca gdzieś obok, liczyła na to, że może jeszcze ją złożą. Może ktoś się nią zajmie. A może, może nawet przyjdzie jej… Nie to by było zbyt piękne – pozytywne myśli się rozwiały. A ona ponownie wlepiła wzrok w beton na dole. Obliczała na oko, ile to metrów. Potem do jej umysłu zakradła się kolejna wizja. Dziewczyna z całej siły pragnęła przestać myśleć o przyszłości. Nie mogła. 

Zrobię sobie śniadanie. Usmażę jajecznicę, której maślany zapach i woń szczypiorku rozniosą się po całej kuchni. Kuchni, która w końcu będzie czysta, a zlew nie będzie pełen brudnych zeschniętych naczyń. Do tego posmaruję masłem dopiero co kupiony, chrupki na brzegach i miękki w środku chleb. A na końcu pokroję pomidorki koktajlowe, wychodowane na balkonie, w doniczce. I tak usiądę i zjem. Zjem śniadanie, w międzyczasie przeglądając media i przejmując się błahymi losami świata. Może nawet odbiorę wiadomość z rolką od przyjaciela, a w odpowiedzi dodam do wiadomości serduszko i odpiszę „XDDD”.  

Wydało jej się, że czuje zapach drożdży. Umysł przywołał zapach z dzieciństwa – pistacji i maślanego ciasta francuskiego. Ciało gwałtownie zareagowało. Brzuch spiął się, chowając się tak głęboko, że zdawało, że jeszcze trochę a powstałoby przez to wybrzuszenie na plecach. Założyła ręce lekko ściskając narządy przypominające jej o ostatnim posiłku – super ostrej prawdopodobnie przeterminowanej zupce chińskiej. Zjedzonej szybko w tylko trochę brudnym od kawy kubku. 

Strasznie wieje – pomyślała automatycznie zasłaniając się rękoma i nieco się kuląc.  

Była lekko ubrana, w spraną koszulkę i spodenki z plamą po kechupie. Na nogach miała o wiele za małe klapki, ale to nie było już ważne. Zaraz już nic nie będzie miało znaczenia. 

Tymczasem stała, podziwiając bezchmurne nocne niebo.  

– Może kiedyś do nich dołączę, tam na pewno żadna nie jest sama, przecież jest ich tak wiele. Na pewno któraś zostanie moją przyjaciółką – wyszeptała po czym spojrzała w dół.  

Najpierw muszę upaść by móc się wnieść, prawda? – pomyślała, głośno przełykając ślinę. 

Wodziła wzrokiem to po pustej ulicy, to po parku i po zgaszonych oknach sąsiedniego bloku. Nie przyznała tego, ale chciała by któreś okno się zaświeciło, by ktoś do niej zawołał.  

Ktoś wyjdzie na balkon. Zauważy mnie i zagada. Porozmawiamy o głupotach, o pogodzie, nocnym niebie i o cenach w sklepie. Skłamię, że u mnie wszystko w porządku, a rozmówca uśmiechnie się i powie, że to dobrze. Odpowiem wykrzywem twarzy przypominającym uśmiech, a później będziemy kontynuować. Może nawet pogadamy o polityce…  

I tak nastanie świt i jeszcze raz obejrzę wschód słońca. Będzie piękny, różowo czerwony. Słońce opatuli mnie ciepłymi promieniami i będzie po co żyć.  

Kolejny silny podmuch zmusił dziewczynę do osłonięcia się ręką i niezgrabnego odgarnięcia włosów z twarzy.  

Wpatrywała się w budynek naprzeciwko. Jakby w każdej chwili miał stanąć tam bohater. Ktoś znacznie większy od tych przerysowanych lalusiów z filmów, dla których zarywała noce i wylewała łzy w poduszkę. Jednak każda sekunda była też tą jeszcze nie odpowiednią na „wielkie wejście”. 

Mogłabym mieć męża i dzieci. Dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Syna nazwę Robert, a córkę Wanda. Będą miały oczy po mnie i włosy po ojcu. Mój mąż nie będzie z okładek magazynów, ale będzie miał coś więcej  promienny uśmiech zastępujący tysiąc drogich prezentów. Razem zamieszkamy w małym domku z ogródkiem. Kuchnia połączona z salonem non stop będzie wypełniona zapachem przypraw i świeżych składników, a dzieci będą biegać i bawić się dookoła. Na piętrze będą sypialnie. Będziemy spać w dużym łóżku z miękkim materacem i puszystą kołdrą, przytuleni razem z mężem. Dzieci będą miały swoje pokoiki. A łazienka… Łazienka będzie pachniała różą. 

Dziewczyna oparła się o barierkę, nachyliła i spojrzała prosto w dół. 

– Tak… Tylko ja, on i nasze dzieci – wyszeptała smutno. 

Jeszcze raz spojrzała na blok naprzeciwko. Wciąż czekając na to, że ktoś zauważy. Ale nie. Nikt się nie pojawił, a czasu było coraz mniej. Co, jeśli jeszcze raz uwierzy? Co, jeśli jeszcze raz da się oszukać samej sobie, że może coś osiągnąć? Że w końcu będzie miała siłę postawić krok… Nie. To musiało się skończyć. Tyle razy już to odkładała, ślepo wierząc w marzenia. Przecież doskonale wiedziała, że nie będzie w stanie nic zrobić. Kolejny dzień będzie dokładnie taki sam jak poprzedni. Przepełniony bólem, strachem, zmęczeniem i tak silną bezmocą, że nawet otworzenie oczu ze snu będzie równie ciężkie co wyprawa na Mount Everest. Każdy ranek w wiecznie pustym pokoju, w którym jedyne co się czai to półmrok i sterta pudełek po jedzeniu instant, będzie dokładnie tym samym do dzień, miesiąc, rok temu. 

Dziewczyna wgramoliła się na barierkę. Nie wiedziała, dlaczego, ale odczuła silną potrzebę machania nogami niczym dziecko na huśtawce. Debilka – pomyślała, ale nie przestała. A nawet, choć najpewniej nie była tego świadoma, uśmiechała się. Uśmiechała się szczerze. 

Odczuła coś przedziwnego. Mrowienie, tak nadzwyczajne, że aż nieprzyjemne. Ciepło oplatające jej szyję i plecy. Stała się czujna. Była przekonana, że coś chce przebić ją nożem i przeciąć krtań. Ale co dziwniejsze było niezwykle przyjemne. Dziewczyna zatopiła się w tym uczuciu. Uświadomiła sobie, że to żaden napastnik, lecz najzwyklejsze ciepłe uczucie. Pozytywne tak dziecięco i dobitnie, że wydało jej się niebezpieczne. Tak dawno nie miała z niczym podobnym najmniejszej styczności. 

Ja, mój ukochany, dzieci… Może nawet pojedziemy na wakacje za granicę? Zawsze chciałam zobaczyć Paryż. 

Nie była wstanie tego pojąć, ale to ciepło, to nadzwyczajne w swej szczerości uczucie sprawiło, że nie podjęła tej decyzji sama. Był z nią on, tego którego jeszcze nie poznała i ona jej dusza, która choć jeszcze nie w stu procentach razem z dziewczyną była o wiele bliżej. 

Zeszła z barierki i zrobiła krok. 

Czy to koniec? Jeśli nie zaczniemy mówić – tak. 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *