Autor: amelias

  • _Na krańcu 

    Czyli o czym marzy się nocą na balkonie, obserwując światła sąsiednich bloków. 

    Wybiorę się na studia. Raczej nie w stolicy, ale Kraków też będzie dobry. Pójdę na historykę, tak jak zawsze chciałam. A tam w końcu znajdą się ludzie, których interesuje to, co mówię. W końcu ktoś mnie posłucha, z zaciekawieniem zada kolejne pytanie i wpatrzony we mnie będzie chłoną każde moje kolejne słowo. A ja? Ja wreszcie będę się uśmiechać. Codziennie. Szczerze, od ucha do ucha. – Cierpkie wykrzywienie ust miało być kpiącym uśmiechem. Powrotem do rzeczywistości. Tej do której nigdy nie chciała wracać. Z lekkim obrzydzeniem zamknęła oczy, myśląc. – Ta… będziesz miała te swoje studia. 

    Po chwili znów je otworzyła i spojrzała w dół. Nie wydawało się być aż tak wysoko. Przecież to tylko trzecie piętro. Z piątego to może byłoby coś, ale tak, to żadne widowisko. Z drugiej strony, gdzieś w głębi wiedziała, że może ktoś jeszcze ją pozbiera. Po cichu jej dusza, stojąca gdzieś obok, liczyła na to, że może jeszcze ją złożą. Może ktoś się nią zajmie. A może, może nawet przyjdzie jej… Nie to by było zbyt piękne – pozytywne myśli się rozwiały. A ona ponownie wlepiła wzrok w beton na dole. Obliczała na oko, ile to metrów. Potem do jej umysłu zakradła się kolejna wizja. Dziewczyna z całej siły pragnęła przestać myśleć o przyszłości. Nie mogła. 

    Zrobię sobie śniadanie. Usmażę jajecznicę, której maślany zapach i woń szczypiorku rozniosą się po całej kuchni. Kuchni, która w końcu będzie czysta, a zlew nie będzie pełen brudnych zeschniętych naczyń. Do tego posmaruję masłem dopiero co kupiony, chrupki na brzegach i miękki w środku chleb. A na końcu pokroję pomidorki koktajlowe, wychodowane na balkonie, w doniczce. I tak usiądę i zjem. Zjem śniadanie, w międzyczasie przeglądając media i przejmując się błahymi losami świata. Może nawet odbiorę wiadomość z rolką od przyjaciela, a w odpowiedzi dodam do wiadomości serduszko i odpiszę „XDDD”.  

    Wydało jej się, że czuje zapach drożdży. Umysł przywołał zapach z dzieciństwa – pistacji i maślanego ciasta francuskiego. Ciało gwałtownie zareagowało. Brzuch spiął się, chowając się tak głęboko, że zdawało, że jeszcze trochę a powstałoby przez to wybrzuszenie na plecach. Założyła ręce lekko ściskając narządy przypominające jej o ostatnim posiłku – super ostrej prawdopodobnie przeterminowanej zupce chińskiej. Zjedzonej szybko w tylko trochę brudnym od kawy kubku. 

    Strasznie wieje – pomyślała automatycznie zasłaniając się rękoma i nieco się kuląc.  

    Była lekko ubrana, w spraną koszulkę i spodenki z plamą po kechupie. Na nogach miała o wiele za małe klapki, ale to nie było już ważne. Zaraz już nic nie będzie miało znaczenia. 

    Tymczasem stała, podziwiając bezchmurne nocne niebo.  

    – Może kiedyś do nich dołączę, tam na pewno żadna nie jest sama, przecież jest ich tak wiele. Na pewno któraś zostanie moją przyjaciółką – wyszeptała po czym spojrzała w dół.  

    Najpierw muszę upaść by móc się wnieść, prawda? – pomyślała, głośno przełykając ślinę. 

    Wodziła wzrokiem to po pustej ulicy, to po parku i po zgaszonych oknach sąsiedniego bloku. Nie przyznała tego, ale chciała by któreś okno się zaświeciło, by ktoś do niej zawołał.  

    Ktoś wyjdzie na balkon. Zauważy mnie i zagada. Porozmawiamy o głupotach, o pogodzie, nocnym niebie i o cenach w sklepie. Skłamię, że u mnie wszystko w porządku, a rozmówca uśmiechnie się i powie, że to dobrze. Odpowiem wykrzywem twarzy przypominającym uśmiech, a później będziemy kontynuować. Może nawet pogadamy o polityce…  

    I tak nastanie świt i jeszcze raz obejrzę wschód słońca. Będzie piękny, różowo czerwony. Słońce opatuli mnie ciepłymi promieniami i będzie po co żyć.  

    Kolejny silny podmuch zmusił dziewczynę do osłonięcia się ręką i niezgrabnego odgarnięcia włosów z twarzy.  

    Wpatrywała się w budynek naprzeciwko. Jakby w każdej chwili miał stanąć tam bohater. Ktoś znacznie większy od tych przerysowanych lalusiów z filmów, dla których zarywała noce i wylewała łzy w poduszkę. Jednak każda sekunda była też tą jeszcze nie odpowiednią na „wielkie wejście”. 

    Mogłabym mieć męża i dzieci. Dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Syna nazwę Robert, a córkę Wanda. Będą miały oczy po mnie i włosy po ojcu. Mój mąż nie będzie z okładek magazynów, ale będzie miał coś więcej  promienny uśmiech zastępujący tysiąc drogich prezentów. Razem zamieszkamy w małym domku z ogródkiem. Kuchnia połączona z salonem non stop będzie wypełniona zapachem przypraw i świeżych składników, a dzieci będą biegać i bawić się dookoła. Na piętrze będą sypialnie. Będziemy spać w dużym łóżku z miękkim materacem i puszystą kołdrą, przytuleni razem z mężem. Dzieci będą miały swoje pokoiki. A łazienka… Łazienka będzie pachniała różą. 

    Dziewczyna oparła się o barierkę, nachyliła i spojrzała prosto w dół. 

    – Tak… Tylko ja, on i nasze dzieci – wyszeptała smutno. 

    Jeszcze raz spojrzała na blok naprzeciwko. Wciąż czekając na to, że ktoś zauważy. Ale nie. Nikt się nie pojawił, a czasu było coraz mniej. Co, jeśli jeszcze raz uwierzy? Co, jeśli jeszcze raz da się oszukać samej sobie, że może coś osiągnąć? Że w końcu będzie miała siłę postawić krok… Nie. To musiało się skończyć. Tyle razy już to odkładała, ślepo wierząc w marzenia. Przecież doskonale wiedziała, że nie będzie w stanie nic zrobić. Kolejny dzień będzie dokładnie taki sam jak poprzedni. Przepełniony bólem, strachem, zmęczeniem i tak silną bezmocą, że nawet otworzenie oczu ze snu będzie równie ciężkie co wyprawa na Mount Everest. Każdy ranek w wiecznie pustym pokoju, w którym jedyne co się czai to półmrok i sterta pudełek po jedzeniu instant, będzie dokładnie tym samym do dzień, miesiąc, rok temu. 

    Dziewczyna wgramoliła się na barierkę. Nie wiedziała, dlaczego, ale odczuła silną potrzebę machania nogami niczym dziecko na huśtawce. Debilka – pomyślała, ale nie przestała. A nawet, choć najpewniej nie była tego świadoma, uśmiechała się. Uśmiechała się szczerze. 

    Odczuła coś przedziwnego. Mrowienie, tak nadzwyczajne, że aż nieprzyjemne. Ciepło oplatające jej szyję i plecy. Stała się czujna. Była przekonana, że coś chce przebić ją nożem i przeciąć krtań. Ale co dziwniejsze było niezwykle przyjemne. Dziewczyna zatopiła się w tym uczuciu. Uświadomiła sobie, że to żaden napastnik, lecz najzwyklejsze ciepłe uczucie. Pozytywne tak dziecięco i dobitnie, że wydało jej się niebezpieczne. Tak dawno nie miała z niczym podobnym najmniejszej styczności. 

    Ja, mój ukochany, dzieci… Może nawet pojedziemy na wakacje za granicę? Zawsze chciałam zobaczyć Paryż. 

    Nie była wstanie tego pojąć, ale to ciepło, to nadzwyczajne w swej szczerości uczucie sprawiło, że nie podjęła tej decyzji sama. Był z nią on, tego którego jeszcze nie poznała i ona jej dusza, która choć jeszcze nie w stu procentach razem z dziewczyną była o wiele bliżej. 

    Zeszła z barierki i zrobiła krok. 

    Czy to koniec? Jeśli nie zaczniemy mówić – tak. 

  • I zostaliśmy tylko my

    „Powróć tam, gdzie nigdy nie mogliśmy wyruszyć razem… i spełnij moje ostanie życzenie”. – tak powiedziała, a później zamknęła swoje oczy już na zawsze. Pochować jej serce w jej ukochanej ojczyźnie… Nie wydawało się to aż tak trudne, przecież miałem na to całą wieczność.   

    Nie spodziewałem się jednak, że to będzie aż tak daleko. Podróż była okrutnie wyczerpująca. Trwała ponad trzy lata, a przeprawa przez ocean tylko to utrudniła. Na koniec jeszcze te problemy na granicy. Tak długo siedziałem w jednym miejscu, że kompletnie zapomniałem, jak szybko zmieniają się dowody tożsamości. Na szczęście, ostatecznie jakoś przepuścili mnie i w końcu dotarłem do Małopolski. Najpierw zatrzymałem się w Krakowie.  

    Przystanąłem na krakowskim rynku. Wieża Mariacka. Wanda opowiadała o niej… Co dzień na wieżę wychodzi trębacz i odgrywa melodię, która nagle się urywa. Ale dlaczego to robi? Nie pamiętam… Próbowałem sięgnąć do momentu, gdy Wanda opowiadała mi o tym, ale ujrzałem tylko jej pogodną, nieznającą strachu, rumianą twarz. Całe to miasto przypominało mi o niej, na każdym kroku czaił się kolejny element z jej opowieści… Lajkonik, stalowa figura smoka… oraz wszędzie pałętające się gołębie. Tak, często o nich mówiła i o Krakowie, chodź chyba, to nie tu się urodziła, prawda? Ciekawe skąd u niej ta miłość do tego miasta? Unosząc brodę, smutno się uśmiechnąłem. Teraz nawet niebo zdawało się tak niebieskie, jak jej ulubiona sukienka. Skórzana aktówka nagle wydawała się cięższa.   

    Nie zwlekając, odszedłem z miasta, wyruszając jeszcze bardziej na południe. Może dlatego, że chciałem jak najszybciej spełnić życzenie Wandy? Nie, to było raczej dlatego, że nie chciałem stać się niczym Wanda, częścią tego miasta. Byłbym niepasującym elementem jak puzzel od innej układanki. Wanda się tu urodziła, to naturalne, że była częścią tych złotych pól, zielonych lasów i szarawych gór, okalających krajobraz z każdej strony. Ale ja? Ja nie byłem tego częścią, a próbując nią zostać, niszczyłbym to, co natura tworzyła przez setki lat. Zasiałbym złe ziarno, stałbym się zgubą dla tej nieziemskiej krainy. Ale nie było czasu, by o tym myśleć.   

    Dotarłem.   

    „Nowy Sącz” – informowała zielona tabliczka przy drodze. To tu Wanda chciała od zawsze mnie zabrać. Czułem się trochę zestresowany. Zdziwiło mnie to, przecież powinienem czuć ulgę… W końcu, od ponad trzech lat, jej serce coraz bardziej ciążyło mi w dłoniach. Dziś miał być dzień, w którym w końcu będzie mogła odejść, stać się jednością z ojczyzną.   

    Nie byłem pewien mimo wszystko, które miejsce będzie do tego najlepsze. Przeszedłem całe miasto wzdłuż i wszerz. Mijając kolejne miejsca, o których mówiła Wanda, ruiny zamku, pod którym – jak opowiadała – nimfy zabijały dzielnych rycerzy. Rynek, na którym co noc spotykała alchemika rozdającego fałszywe monety. Do tego kościół świętej Małgorzaty wraz z cudownym obrazem „Przemienienia Pańskiego”. Poza tym jeszcze kilka przyziemnych miejsc. Jej ulubiona lodziarnia – „U Argasińskich”. Szkoła na obrzeżach miasta, do której chodziła. Oraz wzgórze, na którym oglądała gwiazdy razem z ojcem.   

    Już zmierzchało, kiedy dotarłem na to miejsce. Zrobiło się znacznie chłodniej, a na niebie zaczęły świecić pierwsze gwiazdy. Każda z nich przypominała śmiejące się oczy Wandy.   

    Tak. Majdan… Najwyższy punkt tej mieściny to chyba będzie najgodniejsze miejsce dla niej. Spuściłem głowę i zerknąłem na ściskaną w ręku teczkę. To będzie nasze rozstanie. Postawiłem aktówkę na trawie. Delikatnie rozluźniłem dotąd mocny uścisk uchwytu.   

    Wziąłem do rąk szpadel. Zacząłem kopać. Na początku było prosto. Przewalałem bezwiednie kolejne garści ziemi. Ale im bliżej byłem celu, tym cięższa ta ziemia się zdawała. A może to ja słabłem? Z jakiegoś powodu w głowie dzwoniło mi pytanie, czy na pewno chcesz ją zostawić. Przecież jej nie zostawiałem… To ona mnie… Przecież robię to, o co prosiła!  

    Powietrze stało się cięższe, gęste niczym smog gromadzący się w dole. Było już niemalże całkiem ciemno, gdy skończyłem. Było też niezmiernie zimno, ale ten chłód bił od środka…  

    Sprzeciwiając się samemu sobie, wmawiając, że robię, to co powinienem, ująłem jej serce, przyjrzałem mu się ostatni raz. Było blade, całkiem już pozbawione krwi. Nie tak silne, jak kiedyś, teraz tak delikatne, że można by z łatwością rozerwać palcem wszystkie drobne naczyńka. Wpatrywałem się w nią, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę koniec. Zdawało mi się, jakbym wcale nie trzymał, obumarłego narządu, a ją.  

    Powoli, uważając, by się nie zraniła, ułożyłem ją w wyszykowanym łóżku wyścielonym liśćmi kasztana, z poduszką ze stokrotek.   

    – Śpij me kochanie – wyszeptałem, czując, jak łamie mi się głos. Nie było jej tu już od dawna, ale jednak ta drobna rzecz, która po niej pozostała, teraz była czymś więcej, być nią samą.  

    Ponownie chwyciłem szpadel i gwałtownie szybko zacząłem ponownie przerzucać ziemię.   

    – Dobranoc… – szeptałem, łza spłynęła po poliku. Kolejna garść ziemi przykryła ukochaną.   

    – Śpij dobrze – płakałem, chcąc, aby to wszystko już się skończyło.   

    Ale ból nigdy nie minął. Ani gdy świeżo zasypane serce w końcu spoczęło w ojczystej ziemi, ani gdy na tej gołej ziemi urosła trawa, ani gdy zakwitły maki, ani kiedy przekwitły mlecze, ani gdy kasztany ją obiły, ani kiedy spadł pierwszy śnieg, ani kiedy stopniał, ani gdy trawa znów się zazieleniła. Tęsknota pozostała na zawsze, niezdolna do ukojenia.  

    Stworzony tylko do cierpienia. Wbrew pozorom to był pierwszy raz, gdy o tym pomyślałem. Nigdy wcześniej tak nie sądziłem, wiedziałem, że w moim nieskończenie długim życiu wiele osób będzie przychodzić i odchodzić. Wiedziałem, kiedy zdecydowałem się nim zostać, choć teraz byłem pewien, że przez długi czas byłem po prostu głupi.   

    Wiedziałem.   

    Wiedziałem i twierdziłem, że jestem gotowy.   

    A i tak z Wandą sobie nie poradziłem.   

    Wtedy też zrozumiałem, czym była strata, czym było cierpienie, czym boska kara. Kiedy nie możesz podzielić losu z ukochaną. Kiedy skazany jesteś myśleć o niej już zawsze. Kiedy wiesz, że nie będziesz mógł nigdy o niej zapomnieć, ani do niej dołączyć.  

    Mogłem tylko przeklinać samego siebie za tamten wybór. Trzeba było przemyśleć to jeszcze raz, rozważyć wszystko od początku. Ale czy to by coś dało? Nie. Przecież wtedy nigdy bym nie pomyślał, że ktokolwiek zdolny byłby mnie pokochać, że ktokolwiek poświęciłby mi tyle uwagi. Poza tym, czy to naprawdę źle? Źle, że zapragnąłem dożyć takiego momentu. Chyba tak… Chyba to miało być moją karą za niedocenienie wagi życia, bo ostatecznie żyć wiecznie, to praktycznie to samo, co nie żyć w ogóle.  

    Wstające znów słońce wydawało się jasne niczym warkocze Wandy. Nie mogłem tu zostać. To nie tak, że to pogłębiało moje cierpienie, bo ono nie mogło być już głębsze. Po prostu każdy kolejny dzień zlewał się z nocą i układał się w spójny obraz uroczo obrażonej na mnie Wandy. Nie chciałaby tego, nie pozwoliłaby mi zostać na tym wzgórzu na wieczność, choć gdyby tylko skinęła palcem, zrobiłbym to bez wahania.   

    Z trudem wstałem z ziemi. Otrzepałem spodnie z zaschniętej trawy. Spojrzałem na miasto. Spokojne, wiodące swoje zwyczajne życie, nieświadome, jaki skarb zyskali. Odwróciłem się i udałem się gdzieś przed siebie, tylko raz oglądając się na nowy dom Wandy.   

    Opuściłem tę krainę pełną pól i gór szytych w pstrokatą kratę. Odszedłem daleko. Nie tam, skąd przyszedłem – tam też wszystko byłoby Wandą. Zupełnie gdzieś indziej. Wędrowałem przez długie lata. Nie liczyłem ich. Dawno też przestałem obchodzić urodziny, choć to Wanda zapoczątkowała ten zwyczaj. Nie wiedziałem, ile mam lat, ile lat nie ma już jej, ani jak dawno temu byłem choćby w okolicach Polski. Nie ważne jak dawno to było. Nie miało to znaczenia, bo co noc widziałem te same obrazy, te same miasta, te same łąki, te same lasy, te same góry, to samo niebo dniem i nocą. To wszystko, co tak bardzo przypominało Wandę.   

    W końcu, może zupełnie przypadkiem, a może tylko się oszukuję, powróciłem do Małopolski, do Nowego Sącza, do Wandy. Niemal był świt, gdy ponownie, jak lata temu, usiadłem na trawie najwyższego punktu miasta. Nie pamiętałem już, gdzie dokładnie ona spała, pomimo tego, że było tu tak samo, jak wtedy. Równie pięknie i równie chłodno. 

    Wando, przepraszam, nie mogłem cię posłuchać i żyć dalej bez ciebie. Zwłaszcza kiedy jedyne co mi po tobie zostało, to ta ziemia… Kiedy już nawet twój uśmiech zastąpił widok wschodzącego słońca nad Nowym Sączem.  

    I tak pozostałem już nie z Wandą, a z Małopolską przy boku…